Życie na wózku

Od kilku tygodni jestem częściej na wózku niż na krześle. Nie zaczy to, że krzesło nie jest już mi potrzebne.

Używam go nadal jednak nieco rzadziej.

Wózek inwalidzki naprawdę jest dużym ułatwieniem. Po mieszkaniu poruszam się błyskawicznie, mogę w wielu rzeczach pomóc, przez co czuję się bardziej potrzebny.

Na każde wezwanie:

- Tato chodź tutaj!

Przybywam w mgnieniu oka 😀.

Wciąż mam w tyle głowy fakt, iż mięśnie nóg nie są przez to odpowiednio angażowane. Staram się je zmęczyć w trakcie codziennego treningu siłowego.

Nigdy przesadnie nie dbałem o ćwiczenia konkretnej partii mięśniowej. Po prostu grałem w koszykówkę, skakałem, biegałem.

A mięśnie same się pojawiały. Miałem zawsze mocno zbudowane uda, łydki oraz twardy brzuch.

A dziś? Patrzę na siebie i zastanawiam się, czy na pewno dobrze to pamiętam, bo tych mięśni coś znaleźć nie mogę 😜.

I tu trafiam na wieloletni problem, jak ćwiczyć? Mam na myśli z jakim natężeniem. Aby trochę to moje ciało rozruszać, ale się nie przećwiczyć. Bo potem potrzebuję dwóch dni, żeby do siebie dojść.

Po tylu latach chorowania jest to wciąż dla mnie zagadką.

W każdym razie rozumiem postęp choroby. Rozumiem fakt, iż jednak z wózkiem jest łatwiej. Jest to przykre poniekąd.

Ale zaraz pojawia się myśl: A co gdyby nie było takich udogodnień? Co wtedy?

Także nie ma co narzekać. Dobrze, że ktoś kiedyś wymyślił takie cudeńko!

Jeśli jesteś osobą, która ma być może przed sobą wizję używania wózka inwalidzkiego i boisz się tego, to wiedz, że nie ma czego!

Nadal można czerpać z życia pełną garścią 😀

Rozruszać mózg

Postanowiłem bardziej zadbać o swój mózg. Nie, żebym dotychczas tego nie robił.

Zawodowo wykonuję pracę umysłową, czytam książki. Jakiś wysiłek dla moich szarych komórek jest.

Ale pomyślałem, że chętnie nauczyłbym się nowego języka obcego. Zawsze lubiłem ten rodzaj nauki.

Na co dzień, dzięki swojej pracy, obcuję z językiem angielskim. Przez lata nauczyłem się go na tyle, by swobodnie się nim posługiwać.

W czasach liceum oraz na studiach uczyłem się jeszcze języka niemieckiego. Szkoda, że gdzieś on później zaginął na mojej drodze zawodowej. Bardzo go polubiłem.

Natomiast język, który od zawsze mnie zachwycał, to język hiszpański. To brzmienie, te południowe klimaty, ta muzyka...

Nie namyślałem się długo i wykupiłem sobie kurs dla początkujących. Dziś pisząc tego posta jestem już w pięćdziesiątym trzecim dniu nauki. Nie chwaląc się już coś potrafię 😀

Żeby nie było za lekko to, zrobiłem podobnie z językiem niemieckim, też jest u mnie na tapecie.

Zatem codziennie uczę się dwóch języków obcych, niebawem być może posty będą również w innym języku 😜